8/09/2012

Prawo do narzekania

BREAKING EMBARRASSING NEWS: w Londynie pobiło się dwóch naszych biegaczy. O toaletę! Kolejny dowód, że na dłuższą metę to pokora dostaje medal. Po polskim obozie w Londynie widać najlepiej, że najgorsi aktorzy są najlepszymi sportowcami. I na odwrót. Nagrody dostają ci, którzy dotąd milczeli o swojej wielkości, a dziś potrafią z pasją i szczerością opowiedzieć o ciężkiej drodze - kajakarki, ciężarowcy, kulomiot. Przegrywają rzekomi pewniacy, którzy nie potrafili oprzeć się fleszom. Nie byliśmy i nie będziemy krajem Boltów, Phelpsów i wszystkich tych mistrzów made in China. Za marzenia medali nie dają.

Oglądam z emocji, a nie z wiedzy czy doświadczenia. Jak większość jestem kibicem z przypadku i tylko to rozgrzesza moją naiwność, że skoro walczy facet z orłem na piersi, to jest to także mój medal lub moja przegrana. To nie te czasy. To przemysł cięższy niż chilijskie kopalnie na pustyni Atacama. Dlatego cieszą mnie rozmowy ze sportowcami, którzy przemieleni przez tę machinę dają poczucie, że byle jacy jesteśmy tylko czasami.

Bałem się Tomasza Majewskiego w studiu. Ma w sobie coś ze Stasiuka i Głowackiego - nie znosi głupoty. Odpowiada krótko, grzecznie ale konkretnie; durne pytania tnie tak, jak pcha tę swoją siedmiokilową kulkę. „Muszę iść na drugie studia. Odkąd nie robię nic poza sportem - głupieję” - to jego słowa. Gdyby zdrowy rozsądek był dyscypliną olimpijską Majewski miałby podwójne szczęście. Podobnie z Magdą Fularczyk. Tuż przed IO pochowała ojca, z cierpiącym sercem i potężnym bólem w plecach popłynęła po brąz. Zemdlała na mecie. Kiedy usiadła przed kamerą nie bała się otworzyć, opowiedzieć o strachu i podzielić radością, że zrobiła wszystko, żeby nie czuć wstydu. Tak samo z Zofią Klepacką, która po zwycięstwie wpierw porwała syna, a dopiero później zgodziła się na nieistotne wywiady.

Widziałem, jak najwięksi przegrani - siatkarze - prosili, żeby nie dokładać im bólu. Słyszałem naszego sportowca, który prosił o karę za swój słaby występ w Londynie. I przeczytałem historię Marcina Dołęgi, naszego sztangisty, który opowiada jak sponiewierany ma organizm. Mówi bez pretensji, z tą dziwną oczywistością charakterystyczną dla lekarzy opisujących swoje najcięższe przypadki. Te kilka pozrywanych jak ścięgna słów to dowód, że nie mamy żadnego prawa własności do igrzysk. Radość i cierpienie zawodników jest tylko ich. Możemy patrzeć ale wara nam od krytyki, bo nie dołożyliśmy do ich przygotowań ani kropli swojego potu.

Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24