3/23/2009

Słowa?



obraz zabrał mi sprzed oczu słowa
nadrobię
jutro
w ramach "szkoły fotografii"... 1/3
1/3 chmur + 1/3 chmur niższych + 1/3 gór
tak piszą znawcy
czy tak robią?

3/17/2009

Sass Pordoi, 03.2009



2950 m n.p.m.
warto czasem - niepokornie - spojrzeć na ludzi z góry
proszę sprawdzić swoje myśli po zejściu/zjeździe
na ziemię

Berlin, 03.09



to ładniejsze zestawienie niż Brama Brandenburska
ale niewielu przystaje
e, bez wieży?

3/03/2009

60 lat i bzik

Nie wiem co ze mną będzie. Oszaleję, znormalnieję, nie zmienię się ani na jotę? Nie wiem co będzie. Nauczę się tańczyć, ogolę głowę, wyjadę z kraju? Nie wiem co będzie. Zapuszczę wąsy, obwieszę się złotem, odejdę z młodszą kobietą? Nie wiem co będzie kiedy skończę 60 lat. Byle bym na siłę nie chciał być dowcipny.

Późny zimowy wieczór. Do ginącej w półmroku żoliborskiej willi wraca zmęczony prezes Kalwiński. Zamyka za sobą drzwi, otrzepuje buty, zdejmuje czarną zadaszoną czapkę. Odgłos wrzucanych do koszyka kluczy budzi mamę Ludwikę, która zasnęła przed telewizorem. – Przepraszam, oglądałaś? – pyta ściszonym głosem prezes. Mama, dotąd sceptycznie nastawiona do przemiany syna, jest wniebowzięta. – Dygresji o światłach nad Słowacją nie zrozumiałam, ale żarty o Gabonie i Marsjanach wyborne. Jak nie z ciebie. – I jeszcze to konto!

Zasnął szczęśliwy. Zdanie mamy jest najważniejsze. Od 60 lat. Pochrapywał na piętrze. Ludwika zajrzała do niego na chwilę. Zanim zdmuchnęła kawową świeczkę stojącą na komodzie z ikei przysiadała na skraju łóżka. – Ale jak się zrobi cieplej nie zakładaj proszę tej hawajskiej koszuli, którą wylicytowałeś na allegro.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

2/24/2009

Poezja z metką

Przepraszam, że wrócę. Ale nie spotkałem od tamtej pory nikogo mądrzejszego. A uwaga jest na miejscu. „Bałem się co będzie ze mną po czterdziestce“ – mówił w TVN24 Kazimierz Kutz. „Czy będę umiał zainteresować sobą kobiety? Czy jeszcze będę mógł…“. Pan Kazimierz – mimo osiemdziesiątki – nie poczuł co to kryzys wieku średniego. Ale Kazika to dopada.

Żenujące występy pary zakochanych półkrwi londyńczyków przebijają popularnością w sieci monolog o wyższości czystości nad brudem i dyskusję o intensywności różu w duszy panny Rutowicz. A to dopiero początek. Isabel vel „Ej no“ udowadnia, że ma nie tylko markowe ciuchy ale i zdolność do tworzenia poezji z metką.

„Każdy o tym dobrze wie, że nie znając osobiście sytuacji/
Że na media skazany jest/Więcej o mediach pisać nie będę i nie muszę/na inny temat skieruję mą poetycką duszę/…zmykam“. Brakuje tylko raperskiego „joł“. Na razie jedynym wydawcą jest Kazimierz Marcinkiewicz – jego blog wchłania głupotę lepiej niż bibuła. On sam zresztą też ma dość gąbczastą strukturę.

Nie zmierzam do potępienia. Przeciwnie, chcę współczuć. Rozsądny rodzic wie, Kazimierzu, że dla dziecka lepszy jest spacer po zoo niż wizyta w studiu telewizyjnym.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

2/18/2009

Dupa brzmi dumnie

Przekleństwo zdobi człowieka. W ustach niektórych ludzi słowo dupa brzmi jak kocham cię. Kto wie, czy gdyby Petrarka znał polski nie używałby do wyrażania uczuć naszych wulgaryzmów. Nie piszę tego, by bronić Kamila (uważam brud za jedno z najgorszych przekleństw świata) ale by wyrazić podziw dla Kazimierza Kutza. Przekonałem się w 80. urodziny Mistrza, że z kur…ą i chu…m jest mu do twarzy.

Ale to był jedynie dodatek do zwierzeń jubilata. Czasem cała biblioteka książek, najbogatsza kolekcja filmów, obecność na najlepszych wystawach to mało wobec jednej rozmowy z mądrym człowiekiem. Abstrahuję od politycznych sympatii Kutza, słuchałem co ma do powiedzenia o życiu osiemdziesięcioletni mężczyzna. I choć na coranne pytanie o zdrowie, które stawia mu w kuchni osiemnastoletni syn reżyser odpowiada chujowo, nie widać i nie słychać zmęczenia.

Człowiek z natury jest idiotą – mówi Kazimierz Kutz. Dlatego warto każdego dnia doprowadzać umysł do granic jego twórczej pracy, nie oszczędzać się. Wkurzam sam siebie, bo nie jestem aniołem. Moim obowiązkiem jest być przy rodzinie, słuchać jej ale nie zamęczać radami. Nie mogę – zwierzał się reżyser – pokazywać, że odstaję, bo mam 80 lat na karku. Mam raka, ale mam go gdzieś. Nie oczekuję życzeń zdrowia, chciałbym nie zidiocieć na starość. Samo ciśnie się na usta amen.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

2/03/2009

Pamięć o Kaziu

Ale pachnie! Uwielbiam zbliżać nos do wertowanych kart nowej książki. Farba drukarska uzależnia. „Jestem złą publicznością dla swojej pamięci“, pisze Wisława Szymborska w najnowszym zbiorze „Tutaj“. „Chce żebym bezustannie słuchała jej głosu/a ja się wiercę chrząkam/słucham i nie słucham“. Przepraszam noblistkę ale – choć jej najdalej do tego – mnie się skojarzyło z Marcinkiewiczem.

A właściwie z naszym o nim wspomnieniu. Każdy człowiek to naiwniak. Tak po ludzku, z natury. Ale skrajna naiwność to już głupota. „Umówiłem się z nimi“ – mówi Kazimierz Marcinkiewicz o redakcji „Super Expresu“ – że o sobie opowiem, wyślę zdjęcie i zamilkną. I dziwi się, że serial nie skończył się na jednym odcinku. Historie bagienne zarówno w Polsce jak i w Brazylii trwają nieskończenie długo, bo ciemny lud to kupuje. To się wie tak po ludzku, z natury.

Mistrzyni Szymborska w swoich rozliczeniach z pamięcią pisze dalej tak: „Gniewa się, kiedy wzruszam ramionami/Mściwie wtedy wywleka moje błędy (…)/W końcu pociesza, że mogło być gorzej“. Poza poezją zawsze jest gorzej. Szczególnie, że – jeśli mnie pamięć nie myli – to były premier.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

2/01/2009

Paraprzeprosiny

Władysław Bartoszewski w poniedziałkowym "Dzienniku".

"Nie oczekuję od pana Jarosława Kaczyńskiego żadnych przeprosin, ponieważ nie uważam, żeby był on w stanie mnie czymkolwiek obrazić. Wielokrotnie przytaczałem już porównanie, które i tym razem pasuje jak ulał: kiedy ktoś mnie po pijaku obrzyga w autobusie, to nie jest obraza. To jest obrzydliwość. Nie każdy może mnie obrazić. Prezes PiS nie ma życiorysu, który by mu na to pozwolił. Jestem ponad to.

Nigdy zresztą nie czułem się wykształciuchem: nie mam doktoratu, nie jestem prezydenckim profesorem. Profesorem zrobili mnie Niemcy i tam mam prawo używać tego tytułu. Nie czułem się też łże-elitą. Łże-elitą to są niektórzy partyjni działacze. Ja się uważam za przynależnego do elity - tej, której niedobitki przetrwały II wojnę światową. To była elita dlatego, że w pierwszym szeregu walczyła o ten kraj. I tego tytułu nikt nie może mi odebrać.

Nie wiem nawet, jak te przeprosiny wyglądały, bo nie chłonę przemówień prezesa PiS jak Ewangelii. Gdyby był chociaż premierem czy wicepremierem, wówczas urzędowo interesowałbym się tym, co mówi. Ale że jest tylko przywódcą partii, która na razie ma ponad 20 procent poparcia - mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach ten wskaźnik spadnie - to nie muszę się jego przemowami interesować.

PiS to partia, której kilkoro działaczy od kilku lat specjalizuje się w ustawicznym lżeniu i szczuciu ludzi. Zdaje się, że ta metoda nie dała oczekiwanych wyników. Ktoś - zapewne z powodów rozumowych, a nie moralnych - doszedł do wniosku, że ten sposób postępowania szkodzi im samym. Stąd pewnie przeprosiny".

Cytuję słowa profesora ku pokrzepieniu serc(a).

1/27/2009

Nie, nie każdy

Nie szata zdobi człowieka. Nie, nie szata. Nie uśmiech czyni serdecznym. Nie, nie uśmiech. Nie okulary dodają mądrości. Nie, nie okulary. Nie każdy jest sympatycznym facetem. Nie, nie każdy. Ale można się starać, jak to robi Jarosław Kaczyński.

Nowy garnitur, koszula, krawat pod kolor oczu, fryzura bez bałaganu, buty pachnące nowością (ze sznurówkami w każdej dziurze, a pamiętamy, że nawet z tym był kłopot). Można pomyśleć prezes się zakochał, oddał kota i wyprowadził od mamy. W reklamówce jest kim nie był i kim – co gorsza – nie chciał być: sympatycznym facetem. Niestety, natury nie da się oszukać, nie natury się nie da.

Nelly Rokita nazywa tę figurę „politycznym rozkrokiem“. Jarosław Kaczyński – wbrew doradcom – przynajmniej w mowie pozostaje wierny sobie. Mogą go wbijać w ciuchy najlepszych dyktatorów mody, on zawsze powtórzy: dyktować to ja, nie mnie! Prawdziwego Kaczyńskiego nie jest w stanie przykryć żaden sweter w najmodniejsze nawet romby. Że nie wspomnę o założeniu konta.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

1/21/2009

Nowoczesna prostytucja

Sprzedawanie się – wynikające z szeroko pojętej siły rzeczy – może boleć mniej lub bardziej. Zależnie od medium, które wykorzystujemy w procesie kupczenia naszym nazwiskiem. Gazeta boli mniej niż radio, radio mniej niż telewizja, kino z kolei ma moc uwierania najsilniej. Dlatego oburza mnie oburzenie na Kamila Durczoka, który odważył się powiedzieć stop wariactwu.

więcej na studioopinii.pl

Rząd ma zapalenie płuc

We wtorkowy poranek premier przegrał wybory. „Miło patrzeć jak się sypie reżim“ – napisał do mnie kolega, bardziej niż skrajny wielbiciel PiS. Odpisałem, że skutki działania prawdziwego reżimu dostrzeże w lustrze ale jest sporo racji w tych uwagach o końcu. Dymisja była prezentem dla braci Kaczyńskich, a nagrodzić politycznych wrogów to jak popełnić polityczne seppuku.

Gniew premiera rozkręcał się cały wtorek. Kiedy słuchał urzędników resortu sprawiedliwości i dyrektora więzienia w Płocku, kiedy widział niepokorną minę ministra Ćwiąkalskiego w „Kropce nad i“ u Moniki Olejnik i usłyszał jego nieskruszony głos w radiu następnego ranka. Aż wybuchł. Rozmiary eksplozji szefa rządu były zbyt duże. Brak refleksji i wstydu – to jest najcięższy grzech ministra Ćwiąkalskiego, ale za to się jeszcze nie powinno zwalniać.

Zasłużenie stracili zajęcie wiceszef resortu, szef służby więziennej, dyrektor więzienia. Dlaczego premier nie poniósł konsekwencji za całoponiedziałkowe milczenie? Kiedy skutecznie używała sobie opozycja, kiedy prezydent zmieniał skład rządu premiera nie było. To większy błąd niż pycha niższych urzędników. Wystarczył dywanik dla ministra Ćwiąkalskiego i wspomniane już dymisje 24 godziny przed faktyczną egzekucją.

Wyraźnie widać, że PiS i Kancelaria Prezydenta nabierają rozpędu. Jacek Kurski – jak nie on – nie kłamie mówiąc, że jego partia się pozbierała po przegranych wyborach i rusza do ataku. Są cyniczni i do bólu skuteczni. Ot, politycy. A rząd stoi na mrozie z rozdziawioną buzią. Zapalenie płuc murowane.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN24

1/13/2009

Dotrwajcie do P.S:

Każdy, kto narzeka na poziom Palikota powinien zerknąć w lustro. Zazdroszczę jeśli nie zobaczy podobieństwa. Nie bronię posła, wymusiłem na nim w sobotni ranek przeprosiny wobec kobiety. Ale powszechne oburzenie na plugawość jego języka ma wiele z przypowieści o diable, który się przebrał w ornat i na mszę w kościele dzwoni.

Loty obniżyła nie tylko polska polityka. Całe nasze otoczenie stoi na głowie. Im niżej, im słabiej, im bardziej „zamiast“ tym lepiej. Taniość jest w cenie. I to się nie zmienia z biegiem lat. Jedna z Czytelniczek, oceniając komentarze na tym blogu, przypomniała mi mój archiwalny felieton o zaniżaniu poziomu naszej blogowej społeczności. Minęły prawie cztery lata, nie zmieniło się nic.

Śmierć bloga, kwiecień 2005 rok

Słusznie zauważył jeden z czytelników, że miernota telewizji to tylko przedsmak degrengolady radia. Ale, proszę mi wierzyć, jest jeszcze gorzej. W słowie pisanym. Szczególnie tym anonimowym, kiedy każdy może napisać co mu tylko ślina na język przyniesie. Tam to dopiero się dzieje. Ludzie albo są tak zmęczeni, że nie kontrolują tego, co piszą, albo są tak głupi, że piszą to, co piszą.

Na www.gazeta.pl jest mnóstwo blogów, czyli takich ludzkich pamiętników, zwierzeń, opowieści w sieci. Ponoć bawią się w to na całym świecie miliony ludzi; nawet znane nazwiska, pisarze, politycy. Ale niestety nie tylko. Posłuchajcie komentarzy do jednego z najbardziej poczytnych blogów w polskiej sieci. Pisze go niejaka Anulina.

Najpierw punkt wyjścia, czyli ona, Anulina, opisuje swój dzień: niedzielny spacer z dziećmi. Założyłam swoje czaderskie przeciwsłoneczne okulary z bladoniebieskimi szkłami. On: czy te okulary coś ci w ogóle dają, oczywiście oprócz tego, że są czadowe, trendi i dżezi?
I rusza lawina spostrzeżeń czytelników. Ktoś o pseudonimie "Grafomania" pisze: to straszny stres być jazzy. Czytelniczka, która nie wiedzieć czemu, po tym jak się przedstawiła ("wsadziłam-se-klamkę-w-oko") nie biegnie na pogotowie tylko siedzi przy komputerze, dorzuca swoje trzy grosze: sprawa wygląda tak, że jak okulary są full wypas, to nieważne, że wcale nie są przeciwsłoneczne na przykład. A mężczyźni nigdy nie mogą tego zrozumieć. "Stranger" prostuje wszystko: full wypas słowami dwoma... Okulary zasłaniają piękne lica, więc dlatego są zbędne. A jak mniej piękne lica zasłaniają, to może i lepiej... Wyzwanie rzuca jednak "Miluszek": mnie nie pobijecie, miałam kiedyś okulary-serduszka. Dla "Wiolinki" to jednak betka: ja miałam kiedyś zarąbiste różowe lennonki, to był dopiero dżizyz marija stajl.

P.S:

Może ponowna lektura da niektórym z Państwa do myślenia. Będą tacy, którzy poczują się dotknięci i nie wrócą. Proszę o jedno – by pojawiać się tu z sensem, pisać, żeby nikt nie musiał się wstydzić.

1/06/2009

Znać miarę rzeczy

Nie wiem czy to przychodzi z wiekiem. Być może lata nie mają znaczenia? A może to jedynie podświadome wypieranie dojrzewania? Nie wiem. Zamiast dotychczasowej radości, którą przynosił styczeń, że o to pachnieć będzie nowością jest strach. Czytanie nagłej obfitości listów, milknięcie przy toskańskich eksperymentach Stinga i Karamazowa. Cholerny znak zapytania.

A może to ta rocznica. Niby nic – dwa lata – a jednak dotąd takich dwudziestu czterech miesięcy nie przeżyłem. Kazik zbyt zawęził grupę docelową w piosence „Wszyscy artyści to prostytutki“. Jako dziennikarz/prezenter (niepotrzebne skreśli Pacewicz) czuję się pominięty. Zbytnia wyprzedaż nie ma sensu. Zawsze sprzedawca lub klient będą się czuli skrzywdzeni.

Abstrahując. Zgorzkniały i przestraszony przeglądałem okołonoworoczną korespondencję. Trafiłem w niej na list-niemoc. Młoda dziewczyna pisze o wiosennym wypadku rowerowym. Wstała ale z czasem okazało się, że traci słuch, że to może być wada dziedziczna, która uaktywniła się po uderzeniu w głowę. Raczej nieoperacyjna. Dwa aparaty słuchowe, a później... „Jak szalona – pisze – słucham płyt z odgłosami przyrody“.

Żebyśmy znali miarę rzeczy. Umieli wybierać między istotą sprawy, a banałem. Wiedzieli gdzie jest prawdziwe życie. Czytelnikom i sobie w najbliższych miesiącach życzę.