9/26/2013

Jest jeszcze swastyka

Już tylko swastyka została Prawu i Sprawiedliwości do zajęcia. Najnowsza aneksja - Powstanie Warszawskie przestało być dniem bólu powstańczych rodzin, jest festiwalem politycznych obietnic prezesa Kaczyńskiego. Święto Niepodległości już od jakiegoś czasu także ma swoich pisowskich patronów. Nikt nie ma przecież tak biało czerwonej krwi jak oni. Nikt inny nie potrafi tak skutecznie przytulić do piersi neofaszystowskich narodowców.

Pierwszy maja, pierwszy września, Wielkanoc, Boże Narodzenie i Sylwester też nie powinny być dla każdego. Jest jakaś kolejność dziobania! Dopiero kiedy PiS się namaszeruje za pracą, nawzywa Niemców do przeprosin, naświęci jajek, naskłada życzeń i naotwiera szampanów, wtedy szara masa może zebrać resztki z boskiego stołu. Paradoksalnie Prawo i Sprawiedliwość najsilniejsze jest wtedy, kiedy milczy. Najgroźniejsze - zaraz po przebudzeniu. Nieznoszące sprzeciwu tony Kaczyńskiego i brzmiące jak jego echo głosy Hofmana i Brudzińskiego nie trafiają ostatnio w próżnię. Z ich myśli i pragnień rodzi się 30-40 procentowe uwielbienie. Nie do zlekceważenia. Wielu pyta: a zdrowy rozsądek gdzie? W grobie.

Nie mam złudzeń. Choćby w House of Cards widać doskonale, że polityka (u wszystkich) to gra obliczona na to, jak wiele ludzi uda się uwieść cynizmem i oportunizmem. Momentami wręcz dosłownie - po trupach do politycznego celu. Ale tu chodzi o odrobinę czułości i współczucia. Ze spokojem i wzruszeniem 88 letni powstaniec Edmund Baranowski mówił mi rano w TVN 24, że "W" to wybuch, a nie referendum. Wybuch euforii podsycanej nadzieją, a później jęk bólu z przegranej. "To się wiąże ze śmiercią tysięcy ludzi, apelujemy, by zapewnić im spokój". Tylko polityk z trwale upośledzonym słuchem od wygłaszania swoich herezji może nie zrozumieć tej grzecznej prośby.

Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24

8/21/2013

Brunatni terroryści

Smrodu w Polsce nie wywietrzymy szybko. Szczególnie smrodu z brunatnych ust. Napisałem na twitterze: „kibole z Gdyni, Łomianek, zewsząd mają wszystko wypisane na twarzy. Tu nie trzeba 'rozpoznania'. Policja za często daje im 'ostatnią szansę'”. Swąd było czuć natychmiast. W jednej chwili stałem się dla wielbicieli dżentelmentów z Chorzowa pedałem, pedofilem, eunuchem i Żydem w jednym.

Wstęp był miły: „Skończ pieprzyć”. Pierwszy raz miałem poczucie, że spasionych golasów z gdyńskiej plaży biorą w obronę zwykli ludzie. Że to dla nich bohaterowie. Że zamiast oburzenia, należy im się co najmniej order Orła Białego. Przecież skopali tych śniadych Meksykanów w obronie białej kobiety, Polki najprawdziwszej.  "Zobacz swój ryj. Z daleka śmierdzi marionetką medialną" - tulił mnie marcel1916: „sportowiec, legionista, warszawiak” - takie ma CV na TT. Na zdjęciu posępny, łysy, młody pan w białej bluzie z kapturem o chłodnym wzroku sugerującym dystans do świata. „Dziennikarz, celebryta, idiota. A to nas nazywają "faszystami"” - szeptał szef Młodzieży Wszechpolskiej Tomek Pałasz. Uznałem, że ze spadkobiercą ideałów tamtego Berlina nie będę się spierał. "Wpierdolić do więzienia za twarz. Jaruś, wujek Stalin byłby z ciebie dumny" - gratulował mi Jacek Jakubowski. Puentował inny wszechpolak: "trzeba się szują urodzić, by zostać systemowym dziennikarzem".

Państwo może zaklinać rzeczywistość. Używać słów mocnych, ostrzejszych i najbardziej dosadnych z konferencji na konferencję ale to pozór. Imitacja skutecznego działania, machanie mieczem ze styropianu. Spóźniona policja i zagubieni w czasie politycy nikomu skóry nie uratują. Państwo jest tak samo łyse, jak ta chorzowska banda. Lub wrocławska neofaszystowska młodzież, która na FB namawia do sprzeciwu wobec uhonorowania profesora Baumana. Na profilu NOP piszą prawdziwi Polacy: "Musimy tam iść dużą gromadą. Niech ten stary komuch znowu narobi w gacie". Albo "Bauman! Co? Wypierdalaj". "Rozstrzelanie trybików tego syjonistycznego systemu w żadnym wypadku nie jest grzechem, jest mniejszym złem! Śmierć syjonistycznej zarazie ludzkości".

Polska brunatnieje. Ostatnio w tramwaju w Warszawie banda gówniarzy opluła młodych Haitańczyków, którzy w Polsce próbują ogarnąć się z traumy, w jaką wpędziła ich permanentna narodowa bieda. Nie mam siły pytać dlaczego? Odpowiedź zawsze pada ta sama: kryzys autorytetów. Ale skoro teraz „państwo ma mieć monopol na przemoc” niech słabość słów zamieni wreszcie na ślad po pałce na pośladkach łysych terrorystów.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24

8/08/2013

Szacunek z szacunku

Zaryzykuję: Grzegorz Miecugow dostał po twarzy na Woodstocku nie za TVN. Dostało całe dziennikarstwo. Gombrowiczowska gęba nienawiści nazywa się Oskar Wądołowski i wygląda jak każdy młody zbuntowany chłopak. Nie rozumiemy się z niektórymi odbiorcami ale to nikomu nie daje legitymacji by nas bić. Fizyczna napaść na dziennikarza jest skrajnością, bo dając widzom twarz i serce oczekujemy co najmniej szacunku, nigdy sponiewierania.

Dziś - bywa - sami pozwalamy by nas lekceważono. Nie doborem tematów, bo każdy ma inne w pracy priorytety. Każdy opowiada inny świat. Prowokujemy świrów brakiem jedności. Środowisko nie istnieje. Konkurencja wymusza indywidualność, rozbija dziennikarstwo na obozy. Wtedy łatwiej nas zaatakować. To wtedy dochodzi do tak durnych reakcji jak wywiad z Oskarem („TYLKO U NAS OPOWIADA, ŻE LEWAKÓW TRZEBA ZAMYKAĆ DO WIĘZIEŃ”), to wtedy kolegom z NaTemat i koleżankom z TVP wyrywa się głupie stwierdzenie „matka Madzi w porządku - Wądołowski be”. Skoro sami nie mamy wobec siebie elementarnego poważania, nie oczekujmy go od wariatów.

Kiedy doszło do ataku na Grzegorza podziwiałem środowiskowe portale zafascynowane „jednością w akcie potępienia”. Wyglądało to jakby ślepcy ogłaszali, że słońce jest takie piękne, a drzewa takie zielone. Bzdura. „Z mojej strony to nie było bicie, to było symboliczne szturchnięcie. Sam więcej ucierpiałem po zatrzymaniu przez policję niż redaktor Miecugow. Nie mam na myśli tego, żeby zaczepiać obiektywnych dziennikarzy. To znaczy takich, którzy nie sieją propagandy”, wybełkotał w wywiadzie Oskar i nagle zerwała się fala łagodzenia współczucia dla TVN. Z „jak mógł” zrobiło się „sam się prosił”.

W czasie festiwalu Transatlantyk w Poznaniu wystarczyła godzina wykładu żebym przekonał się, że nawet bardziej zrównoważeni odbiorcy mediów niż Oskar mają z nami kłopot. Nie dlatego, że mówimy innym językiem. Media współcześnie, niezależnie od tego, co opowiadają, są najbliższym i najprostszym wrogiem. Od głodu, suszy, gwałtów po kryzys - winne są media. I choć to brednia - dokopując sobie na wzajem dajemy Oskarom dodatkowe paliwo żeby nas lżyli.


Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24

6/07/2013

Od trzech lat w podróży

Dostałem po głowie reklamą książki z podróży. „Wyprawa bez planu, kolejne miejsca zależą od ofert, które autor dostanie na Twitterze. Decyzja o kierunku wyjazdu musi zapaść nie wcześniej niż trzy dni przed. Wyprawa będzie skończona jeśli w ciągu 48 h nie wpłynie żadna oferta”. Podjął się tego Paul Smith i sprowokowany przez Internet dotarł na koniec świata. Kiedy zazdrość próbowała mi zabrać radość z mojej kanadyjskiej wyprawy spotkałem jego.

Niewielki dom zbudowany na pickupie Forda F 350 przyciągnął moja uwagę napisem: „driving overland: Africa, Asia, Australia, America, Europe. Piękne połączenie, pomyślałem, nie wierząc, że to się da zrobić za jednym razem. Da. A właściwie daje, bo podróż tego pokornego sześćdziesięciolatka jeszcze się nie kończy. Spotkaliśmy się na campingu założonym na zielonych wzgórzach Cavendish, na Prince Edward Island. Przepiękne miejsce na finał każdej wyprawy. Soczysta zieleń połączona z intensywną czerwienią ziemi i skał. Osiemnastowieczne małe porty, z których od pokoleń rybacy dają bogatemu światu homary. Prosto, skromnie, często biednie, ale z dumą, radością i pokorą.

Patrzę na niewielki kolorowy podnóżek, którym wchodzi na pokład domu. Wygląda jak dziecięca zabawka porzucona przy niedbale zaparkowanym aucie. Jakby manifestował, że on tu jest tylko na chwilę. Odsypia ostatnie kanadyjskie kilometry. Cieszę się, że nie zniknął przed śniadaniem, bo mam ochotę na więcej historii z jego trzyletniej wyprawy. Jest Australijczykiem. Tam się zaokrętował na prom płynący do Wielkiej Brytanii. W Europie był w ośmiu miejscach, także w Polsce, ale nie był zbyt wylewny w swoim opisie. W rozmarzenie wpadał mówiąc o podróży po USA, Meksyku, Gwatemali, Belize. W jego siwiźnie jest więcej kapitana statku niż kierowcy campera. Mówi spokojnie ale jest stanowczy. Kiedy wspomniałem, że teraz w Meksyku ludzie bez głów znajdowani są już nie tylko na na narkotykowej prowincji, ale i pod hotelami w Acapulco machnął ręką. „Czuliśmy się tam bezpiecznie”, rzucił szybko. To „we” jest zastanawiające. W czasie rozmowy sugerował, albo ja takie odniosłem wrażenie, że nie jedzie sam. Ale długo nie widziałem nikogo poza nim. Do czasu kiedy brak prądu do suszarki wyciągnął z auta jego kobietę. Takie miejsca jak ten nasz camping, gdzie jest woda, prąd i toaleta odwiedzają raz w tygodniu, żeby „wziąć dobry prysznic”.  I tak od trzech lat.

Krzyk szalonego podróżniczego wyzwania z Twittera i dystans do wrzasku świata u samotników z Australii pociągają mnie w równym stopniu. Trzeba tylko umieć znaleźć proporcje. Bardzo pomaga w tym kraj, do którego człowiek dotrze. Kanada uspokaja swoimi przestrzeniami. Zwalnia myśli i sprowadza na ziemię pragnienia już przy określaniu czasu podróży. „Zajmie ci to dwa dni”, usłyszysz pytając o drogę, a nie „masz przed sobą 1800 km”. To kraj, który nie przeszkadza. Pozwala żyć po swojemu. Kraj ludzi, którzy zamiast wysyłać cię do diabła szczerze pytają jak się masz. Gowin powiedziałby z kpiną „kraj ciepłej wody w kranie”. To prawda, ani grama talibanu. 

Kanada to kilka krajów w jednym. Jedno jest niezmienne: szacunek dla ciszy