4/21/2013
3/27/2013
Zdrowaśki za milczenie
Urlop jest niebezpieczny. Otwiera oczy. Pozwala się skupić. Daje czas by czytać coś więcej niż przetrawione przez innych gazety. Poza tym, jak słychać, roztkliwia.
Jest w Sztokholmie muzeum Fotografiska. Dom fotografii właściwie, bo w muzeum nie można oddychać, patrzeć, robić zdjęć, jeść i oglądać filmów. Tam można; tam trzeba. Trafiłem na wystawę Henriego Cartiera-Bressona. Czarno-białe zdjęcia mistrza fotoreportażu z połowy XX wieku. Mexico City, Leningrad, Paryż, Londyn, Nowy Jork. Cisza! Jak w dokumencie Marcela Łozińskiego „89 mm od Europy”. Niby nic się nie dzieje, zmieniają wagonom koła na szersze, a jednak dzieje się historia. Cisza i skupienie w każdym kadrze zdjęcia Bressona udowadnia, że w ten sposób można wyrazić więcej.
Oczywistość? Być może. Ale dlaczego wiemy o tym zawsze z opóźnieniem? Posłowie PiS chcą, żeby każdy tydzień w szkole zaczynał się odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego. Młode pokolenie inaczej ponoć nie nauczy się jego słów. Pismo-apel leży już na biurku minister edukacji. Mam nadzieje, że je zignoruje. Zgadzam się, że znajomość hymnu jest na żenująco niskim poziomie ale hasła „musimy zadbać o szacunek do hymnu, bo to jeden z elementów budujących naszą tożsamość narodową” brzmią nacjonalistycznie. Dlaczego nie wprowadzić obowiązkowego pacierza przed maturą, spowiedzi po wuefie a później pójść za ciosem na lekcjach wychowania seksualnego? Dlaczego w ogóle swoje narodowe fobie posłowie prezesa przelewają na papier? Chcesz śpiewać hymn - rób to cały dzień. Chcecie się modlić - leżcie pokotem w kościele. Ale dajcie oddychać innym.
Mamy współcześnie ten problem, że mówimy więcej niż trzeba. Wydaje się nam, że to, co mamy na żołądku zawsze trzeba wyjąć i pokazać publicznie. Nie trzeba. Czytam z opóźnieniem (niesłusznie ją odkładałem) książkę „To nie jest dziennik” Zygmunta Baumana. Po wielokroć cytuje swojego portugalskiego ulubieńca, noblistę, Jose Saramago. „Powiedziano mi, że warto udzielać wywiadów. Ja jednak, jak zwykle, wątpię w te słowa - może dlatego, że męczy mnie już słuchanie samego siebie. Co gorsza garść rozsądnych rzeczy, które zdarzyło mi się w życiu powiedzieć ostatecznie okazała się kompletnie nieistotna”. Po hymnie!
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Jest w Sztokholmie muzeum Fotografiska. Dom fotografii właściwie, bo w muzeum nie można oddychać, patrzeć, robić zdjęć, jeść i oglądać filmów. Tam można; tam trzeba. Trafiłem na wystawę Henriego Cartiera-Bressona. Czarno-białe zdjęcia mistrza fotoreportażu z połowy XX wieku. Mexico City, Leningrad, Paryż, Londyn, Nowy Jork. Cisza! Jak w dokumencie Marcela Łozińskiego „89 mm od Europy”. Niby nic się nie dzieje, zmieniają wagonom koła na szersze, a jednak dzieje się historia. Cisza i skupienie w każdym kadrze zdjęcia Bressona udowadnia, że w ten sposób można wyrazić więcej.
Oczywistość? Być może. Ale dlaczego wiemy o tym zawsze z opóźnieniem? Posłowie PiS chcą, żeby każdy tydzień w szkole zaczynał się odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego. Młode pokolenie inaczej ponoć nie nauczy się jego słów. Pismo-apel leży już na biurku minister edukacji. Mam nadzieje, że je zignoruje. Zgadzam się, że znajomość hymnu jest na żenująco niskim poziomie ale hasła „musimy zadbać o szacunek do hymnu, bo to jeden z elementów budujących naszą tożsamość narodową” brzmią nacjonalistycznie. Dlaczego nie wprowadzić obowiązkowego pacierza przed maturą, spowiedzi po wuefie a później pójść za ciosem na lekcjach wychowania seksualnego? Dlaczego w ogóle swoje narodowe fobie posłowie prezesa przelewają na papier? Chcesz śpiewać hymn - rób to cały dzień. Chcecie się modlić - leżcie pokotem w kościele. Ale dajcie oddychać innym.
Mamy współcześnie ten problem, że mówimy więcej niż trzeba. Wydaje się nam, że to, co mamy na żołądku zawsze trzeba wyjąć i pokazać publicznie. Nie trzeba. Czytam z opóźnieniem (niesłusznie ją odkładałem) książkę „To nie jest dziennik” Zygmunta Baumana. Po wielokroć cytuje swojego portugalskiego ulubieńca, noblistę, Jose Saramago. „Powiedziano mi, że warto udzielać wywiadów. Ja jednak, jak zwykle, wątpię w te słowa - może dlatego, że męczy mnie już słuchanie samego siebie. Co gorsza garść rozsądnych rzeczy, które zdarzyło mi się w życiu powiedzieć ostatecznie okazała się kompletnie nieistotna”. Po hymnie!
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
3/22/2013
3/17/2013
3/13/2013
Ciszej
Zachowując wszystkie proporcje - histeria na placu Świętego Piotra przypomina tę na koncertach gwiazd rocka. Tylko różańców mniej. Znak czasów. Szczęśliwie dym nad Kaplicą Sykstyńską wciąż nie zastępuje tablicy na FB ani konta na TT. Ale cała reszta jest już show. Czy to źle? W Ameryce Południowej, ojczyźnie nowego papieża Franciszka, fiesta może potrwać do niedzieli, ale w sekularyzującej się Europie wygląda to nienaturalnie.
Cisza. Po to ludzie wstępują do kościołów. Także w niezwykle głośnym Rzymie kościół jest jak wciśnięcie pauzy w energetycznej muzyce. Pamiętam niezwykły fragment wizyty w kościele Trinita dei Monti na szczycie schodów hiszpańskich. Na dole kipiało życie, za drzwiami świątyni grało milczenie. Nowy papież wyglądał dziś na zaskoczonego wyborem. Był mocno przejęty stojąc na balkonie bazyliki przed tłumem swoich nowych fanów. To dobrze, Kościołowi brakuje skromności, Kościół jest za głośny w swoich grzechach, wydaje się pogubiony uznając za margines pedofilię i malwersacje swojego banku centralnego.
U Irvinga Stone’a w biografii Michała Anioła jest taki akapit: „zjadał samego siebie. Kiedy zaczynał dostawać zawrotów głowy od malowania w pozycji stojącej, z głową, odchyloną do tyłu, z karkiem wygiętym tak, by mógł patrzeć prosto w górę, kiedy bolał go każdy staw ramienia i ręki od trzymania jej w pozycji pionowej, kiedy oślepiała go farba, kapiąca mu w oczy, mimo że nauczył się patrzeć tylko przez szparki i przymykać powieki po każdym maźnięciu pędzlem, tak jak przymykał je przed odpryskami marmuru”.
To opis morderczej pracy nad sklepieniem Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie wybór papieża się dokonał. Pracy człowieka prostego, skromnego, mądrego, piekielnie utalentowanego. Pokorność Michelangelo zaczęła procentować po latach. Cisza także ma to do siebie, że jej mądrość słychać kiedy umiemy już słuchać.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
3/02/2013
Z bohatera homofob
Może wielcy ludzie tak mają? Że słowa wyprzedzają ich myśli. Lechowi Wałęsie wystarczyło kilka sekund żeby z bohatera stać się homofobem. Nie szukam dla niego usprawiedliwienia, wprost przeciwnie, mam kłopot z szacunkiem. W wywiadzie dla TVN24 wyrwało mu się kilka zdań, które do pokojowego noblisty pasują jak tolerancja do Tadeusza Rydzyka.
Wałęsa mówił: „Nie może mniejszość wchodzić na głowę większości. Ja sobie nie życzę, żeby ta mniejszość, z którą się nie zgadzam, wychodziła na ulice i moje dzieci, moje wnuki bałamuciła. Jeśli jest ich 5 procent to nie w centrum miasta, a na peryferiach powinni manifestować. Byłoby sprawiedliwie. Homoseksualiści w Sejmie powinni siedzieć w ostatnich ławach, albo nawet za murem”. Były prezydent znany jest z językowej nonszalancji, walenia wprost tego, co myśli ale czego jeszcze nie przemyślał. Nazwisko jednak nigdy nie zwalnia z odpowiedzialności a lekkość bytu nie łagodzi wyroku.
Swoimi słowami Lech Wałęsa ustawił się w jednym szeregu z posłanką Pawłowicz, którą geje atakują swoją „nienaturalnością i amoralnością” oraz księdzem Longchamps, który segreguje ludzi po bruździe z in vitro. Dotąd pisowski karabin na odmienność i katolicki inkwizytor pozaustrojowych zapłodnień wydawali się marginesem, mniejszością, której szaleństwa nie grożą nikomu ale Wałęsa wprowadza nietolerancję na salony. Albo ją tylko tam ujawnia? Posłowie mówiący, że homofobiczne słowa prezydenta „nie są do końca potrzebne” (Pitera) lub ci, którzy „nie widzą w nich przesady” (Raś) grają na tę samą nutę. Tak samo jest z „córunią” Agnieszki Holland Niesiołowskiego i deklaracją Brudzińskiego, że syn gej byłby dla niego „nieszczęściem”.
Rozumiem, że każdy z nas ma w sobie jakieś ograniczenia lub paraliżujące fobie. Ale to nasz, a nie innych problem. Jeśli nie umiemy komuś pomóc, to chociaż mu nie przeszkadzajmy.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Wałęsa mówił: „Nie może mniejszość wchodzić na głowę większości. Ja sobie nie życzę, żeby ta mniejszość, z którą się nie zgadzam, wychodziła na ulice i moje dzieci, moje wnuki bałamuciła. Jeśli jest ich 5 procent to nie w centrum miasta, a na peryferiach powinni manifestować. Byłoby sprawiedliwie. Homoseksualiści w Sejmie powinni siedzieć w ostatnich ławach, albo nawet za murem”. Były prezydent znany jest z językowej nonszalancji, walenia wprost tego, co myśli ale czego jeszcze nie przemyślał. Nazwisko jednak nigdy nie zwalnia z odpowiedzialności a lekkość bytu nie łagodzi wyroku.
Swoimi słowami Lech Wałęsa ustawił się w jednym szeregu z posłanką Pawłowicz, którą geje atakują swoją „nienaturalnością i amoralnością” oraz księdzem Longchamps, który segreguje ludzi po bruździe z in vitro. Dotąd pisowski karabin na odmienność i katolicki inkwizytor pozaustrojowych zapłodnień wydawali się marginesem, mniejszością, której szaleństwa nie grożą nikomu ale Wałęsa wprowadza nietolerancję na salony. Albo ją tylko tam ujawnia? Posłowie mówiący, że homofobiczne słowa prezydenta „nie są do końca potrzebne” (Pitera) lub ci, którzy „nie widzą w nich przesady” (Raś) grają na tę samą nutę. Tak samo jest z „córunią” Agnieszki Holland Niesiołowskiego i deklaracją Brudzińskiego, że syn gej byłby dla niego „nieszczęściem”.
Rozumiem, że każdy z nas ma w sobie jakieś ograniczenia lub paraliżujące fobie. Ale to nasz, a nie innych problem. Jeśli nie umiemy komuś pomóc, to chociaż mu nie przeszkadzajmy.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
2/17/2013
Wschód

jakuck, moskwa
bez różnicy w cenie życia
różnica w podejściu do niego
stolica pokazuje pieniądze
jakuck je pokornie zarabia
wyjazd na syberię miał dać
odpowiedź na pytanie jak niszczy -50
odpowiedź brzmi tak, jak wrzątek
syberyjskie mrozy uczą pokory
nie wiem jak przeżyli je niektórzy mieszkańcy łagrów
2/05/2013
Po pięćdziesięciu latach rozmów. Po pięćdziesięciu tysiącach wywiadów. Czas na was! Tak napisał niedawno do swoich widzów Larry King. Prowokacyjnie, bo przecież nie odchodzi z telewizji, choć nagrywa już tylko dla Internetu. A mógłby to wreszcie rzucić - w tym roku skończy 80 lat. Mimo wieku jest wciąż w świetnej formie. Każdy może pytać, ale tylko King potrafi tak słuchać. Piszę to z zazdrością.
Nie wiem jak to się robi, żeby w tym zawodzie być tak długo, tak dobrym. Jak nie oszaleć? Jak się nie poddać? Jak nie odejść przed czasem? Zdaję sobie sprawę, że każdy ma swój moment „dość”. Piotr Kaczkowski kiedy był moim szefem w Trójce mówił - jak nie dotkniesz, nie będziesz miał prawa opowiadać o tym słuchaczom. Jak nie zobaczysz - nie będziesz wiarygodny. Byłem gówniarzem kiedy wypowiadał te słowa. Mieliśmy na rozmowę tyle, ile trwał najdłuższy wtedy utwór King Crimson.
Dziś wiem lepiej, że ta praca bez podróży na dłuższą metę nie ma sensu. Jutro wspólnie z Tomaszem Wasilewskim z TVN Meteo ruszamy pociągiem przez Mińsk, Smoleńsk do Moskwy a w piątek samolotem do Jakucka. Po mróz, spokój, ciszę, ludzi. Na końcu świata ma być w tych dniach od minus 51 do minus 48 stopni. I zamiast mrozić - cieszy mnie ta wyprawa. Ucieczki są najważniejsze.
Nie wiem jak to się robi, żeby w tym zawodzie być tak długo, tak dobrym. Jak nie oszaleć? Jak się nie poddać? Jak nie odejść przed czasem? Zdaję sobie sprawę, że każdy ma swój moment „dość”. Piotr Kaczkowski kiedy był moim szefem w Trójce mówił - jak nie dotkniesz, nie będziesz miał prawa opowiadać o tym słuchaczom. Jak nie zobaczysz - nie będziesz wiarygodny. Byłem gówniarzem kiedy wypowiadał te słowa. Mieliśmy na rozmowę tyle, ile trwał najdłuższy wtedy utwór King Crimson.
Dziś wiem lepiej, że ta praca bez podróży na dłuższą metę nie ma sensu. Jutro wspólnie z Tomaszem Wasilewskim z TVN Meteo ruszamy pociągiem przez Mińsk, Smoleńsk do Moskwy a w piątek samolotem do Jakucka. Po mróz, spokój, ciszę, ludzi. Na końcu świata ma być w tych dniach od minus 51 do minus 48 stopni. I zamiast mrozić - cieszy mnie ta wyprawa. Ucieczki są najważniejsze.
1/27/2013
Lista chwały inaczej
Mówić głupoty jest rzeczą ludzką. Ale bredzić z mównicy sejmowej to umiejętność wybranych. Posłanka Krystyna Pawłowicz wiele razy dała się poznać jako pisowska retoryczna żyleta. W sprawie związków partnerskich postanowiła się jednak doszlifować. Wyszło na to, że ostrzenie języka stępia umysł.
To jej słowa: "zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą, projekty są sprzeczne z konstytucją, zmierzają do jej obejścia, są szkodliwe, niesprawiedliwe, naruszają zasadę równości, prawo do intymności, ekshibicjonistycznie pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czyli naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków”. Na sali sejmowej w czasie dyskusji o wyzwaniach nowoczesnego państwa było ledwie kilka osób z 460, którym płacimy co miesiąc żeby byli łaskawi wpaść na Wiejską. To pokazuje nie tylko ich stosunek do państwa ale też do problemów, które wyraźnie ich przerastają. Cytuję słowa posłanki PiS, bo maski Pawłowicz włożyło w głosowaniu 46 posłów Platformy Obywatelskiej. Ich niezrozumiały strach sprawił, że wybory 2015 roku będą niezwykle intrygujące.
Ten akapit warto wydrukować i zabrać na głosowanie: Achinger Elżbieta, Adamczak Małgorzata, Arkit Tadeusz, Arndt Paweł, Biernacki Marek, Bobowska Joanna, Borowiak Łukasz, Brzezinka Jacek, Budnik Jerzy, Cycoń Marian, Czerwiński Andrzej, Fabisiak Joanna, Gadowski Krzysztof, Gąsior-Marek Magdalena, Głogowski Tomasz, Godson John Abraham, Gowin Jarosław, Grad Mariusz, Gut-Mostowy Andrzej, Hoppe Teresa, Kaczor Roman, Kania Andrzej, Kosecki Roman Jacek, Kozdroń Jerzy, Koźlakiewicz Mirosław, Lamczyk Stanisław, Mężydło Antoni, Miodowicz Konstanty, Mroczek Czesław, Oświęcimski Konstanty, Pępek Małgorzata, Pietrzczyk Lucjan Marek, Plocke Kazimierz, Pluta Mirosław, Raczkowski Damian, Radziszewska Elżbieta, Raniewicz Grzegorz, Raś Ireneusz, Saługa Wojciech, Sibińska Krystyna, Siedlaczek Henryk, Staroń Lidia, Tomański Piotr, Tomczak Jacek, Ziemniak Wojciech, Żalek Jacek.
Od teraz „lista 46” powinna być w Polsce synonimem niedotrzymanych obietnic. Związki partnerskie to nie miała być zgoda na legalizację adopcji dzieci przez gejów. Związki partnerskie to nie miała być prawna akceptacja małżeństw osób tej samej płci. Związki partnerskie to nie miała być legalizacja dewiacji, jak to przedstawiało wielu. Związki partnerskie to miało być pozwolenie na normalność dla homo ale i heteryków, którzy bez ślubu chcą wiedzieć jak się czuje ich ranny partner, chcą zdecydować o jego pochówku, chcą go chronić w czasie zeznań, chcą dziedziczyć po sobie jak po żonie lub mężu, wreszcie chcą się wspólne rozliczyć z fiskusem. Pięć strasznych rzeczy!
Ktoś, kto nie potrafi zatrzymać zmieniającego się świata, musi albo pokonać swoje uprzedzenia albo zmienić zawód.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
To jej słowa: "zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą, projekty są sprzeczne z konstytucją, zmierzają do jej obejścia, są szkodliwe, niesprawiedliwe, naruszają zasadę równości, prawo do intymności, ekshibicjonistycznie pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czyli naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków”. Na sali sejmowej w czasie dyskusji o wyzwaniach nowoczesnego państwa było ledwie kilka osób z 460, którym płacimy co miesiąc żeby byli łaskawi wpaść na Wiejską. To pokazuje nie tylko ich stosunek do państwa ale też do problemów, które wyraźnie ich przerastają. Cytuję słowa posłanki PiS, bo maski Pawłowicz włożyło w głosowaniu 46 posłów Platformy Obywatelskiej. Ich niezrozumiały strach sprawił, że wybory 2015 roku będą niezwykle intrygujące.
Ten akapit warto wydrukować i zabrać na głosowanie: Achinger Elżbieta, Adamczak Małgorzata, Arkit Tadeusz, Arndt Paweł, Biernacki Marek, Bobowska Joanna, Borowiak Łukasz, Brzezinka Jacek, Budnik Jerzy, Cycoń Marian, Czerwiński Andrzej, Fabisiak Joanna, Gadowski Krzysztof, Gąsior-Marek Magdalena, Głogowski Tomasz, Godson John Abraham, Gowin Jarosław, Grad Mariusz, Gut-Mostowy Andrzej, Hoppe Teresa, Kaczor Roman, Kania Andrzej, Kosecki Roman Jacek, Kozdroń Jerzy, Koźlakiewicz Mirosław, Lamczyk Stanisław, Mężydło Antoni, Miodowicz Konstanty, Mroczek Czesław, Oświęcimski Konstanty, Pępek Małgorzata, Pietrzczyk Lucjan Marek, Plocke Kazimierz, Pluta Mirosław, Raczkowski Damian, Radziszewska Elżbieta, Raniewicz Grzegorz, Raś Ireneusz, Saługa Wojciech, Sibińska Krystyna, Siedlaczek Henryk, Staroń Lidia, Tomański Piotr, Tomczak Jacek, Ziemniak Wojciech, Żalek Jacek.
Od teraz „lista 46” powinna być w Polsce synonimem niedotrzymanych obietnic. Związki partnerskie to nie miała być zgoda na legalizację adopcji dzieci przez gejów. Związki partnerskie to nie miała być prawna akceptacja małżeństw osób tej samej płci. Związki partnerskie to nie miała być legalizacja dewiacji, jak to przedstawiało wielu. Związki partnerskie to miało być pozwolenie na normalność dla homo ale i heteryków, którzy bez ślubu chcą wiedzieć jak się czuje ich ranny partner, chcą zdecydować o jego pochówku, chcą go chronić w czasie zeznań, chcą dziedziczyć po sobie jak po żonie lub mężu, wreszcie chcą się wspólne rozliczyć z fiskusem. Pięć strasznych rzeczy!
Ktoś, kto nie potrafi zatrzymać zmieniającego się świata, musi albo pokonać swoje uprzedzenia albo zmienić zawód.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
1/20/2013
Nowak: bądź aniołem, jak ja
Porozmawiajmy jak morderca z mordercą. Nie udawaj, Czytelniku, że to nie do ciebie. Obowiązkowe 50 km/h w mieście, jechałeś szybciej? Przecież mówię - morderca. Jak to - nie zabiłem?! Moralnie jesteś katem niewidzialnego pieszego. Nie miej pretensji do mojego języka - w narożnikach pełnych ciał naszych rzekomych ofiar rozstawił nas minister transportu. Sławomir Nowak (PO) wspiął się ostatnio na wyżyny hipokryzji i widać, że mu tam dobrze.
„Mam olbrzymią rzeszę tych, którzy mnie popierają ale ona jest na cmentarzach i nie zabierze już w tej sprawie głosu”, mówi Nowak w najnowszym tygodniku WPROST. Szkoda, chętnie bym skonfrontował ich opinie z jego propagandą. Czy zabiła ich prędkość? Przejście w niedozwolonym miejscu? Pijany kierowca? Źle odśnieżona droga? A może szli poboczem nieoznakowani? W każdej wypowiedzi Nowak stara się ostatnio pokazywać swój nowy anielski płaszcz. Ale jest niewiarygodny, bo uczepił się prędkości i zagłusza nią wiele innych obiektywnych przyczyn wypadków.
Statystyki mówiące o zabitych i rannych na drogach są ułomne, bo nie zawierają tak ważnych i decydujących informacji jak rodzaj trasy, pogoda, stan techniczny samochodu, umiejętności kierowcy, zachowanie innych uczestników ruchu, pora dnia, jakość nawierzchni, etc. Minister o tym nie wspomina, bo to propagandowo źle brzmi. Może sugerować, że stanowczość i surowość jego opinii jest nie tak stanowcza i surowa jakby chciał ją widzieć w telewizji. Trochę tak, jakby szeryf zdjął kapelusz, a tam łysina.
Rządowi idącemu na wojnę z drogowymi piratami pomyliła się kolejność. Najpierw zapisali w projekcie budżetu 1,5 mld wpływów z mandatów, a później ogłosili swoją wielka troskę o milczących zwolenników Nowaka z cmentarzy. Nikt rozsądny nie brnąłby w to. Ale oficjalna propaganda głosi: wszyscy ministrowie są za akcją „zero złotych z mandatów z fotoradarów”. Hipokryzja w najczystszej postaci! Te 1,5 mld to kwota identyczna do tej, jaką rząd uwolni w 2013 z Funduszu Pracy na walkę z potężnym bezrobociem. A więc nie mało, a więc ich brak będzie dla budżetu kłopotem. Jeśli skarbonki Nowak&Rostowski zawiodą, komu trzeba będzie zabrać?
To jest bardzo ważna wojna, bo Nowak nie działa sam - jako drogowy anioł ma błogosławieństwo szefa rządu. Panowie jednak źle zaczęli dyskusję. Nikt z przeciwników ratujących budżet państwa i gmin żółtych skrzynek nie jest zabójcą, który przekracza prędkość na dobrej trzypasmowej drodze, bo taki ma plan. Jeździmy szybciej, bo nie rozumiemy powodów, dla których ktoś nagle zabrania zabijać komary i stawia ograniczenie do 70. Wiadomo, owady nie znoszą większych prędkości, bo nie nadążają z ucieczką. Premier Tusk mówił przed wyborami o Kaczyńskim: „tylko facet bez prawa jazdy może wydawać pieniądze na fotoradary”. Dziś udowadnia, że tylko facet, który ma kierowcę może tanio zmienić zdanie.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
„Mam olbrzymią rzeszę tych, którzy mnie popierają ale ona jest na cmentarzach i nie zabierze już w tej sprawie głosu”, mówi Nowak w najnowszym tygodniku WPROST. Szkoda, chętnie bym skonfrontował ich opinie z jego propagandą. Czy zabiła ich prędkość? Przejście w niedozwolonym miejscu? Pijany kierowca? Źle odśnieżona droga? A może szli poboczem nieoznakowani? W każdej wypowiedzi Nowak stara się ostatnio pokazywać swój nowy anielski płaszcz. Ale jest niewiarygodny, bo uczepił się prędkości i zagłusza nią wiele innych obiektywnych przyczyn wypadków.
Statystyki mówiące o zabitych i rannych na drogach są ułomne, bo nie zawierają tak ważnych i decydujących informacji jak rodzaj trasy, pogoda, stan techniczny samochodu, umiejętności kierowcy, zachowanie innych uczestników ruchu, pora dnia, jakość nawierzchni, etc. Minister o tym nie wspomina, bo to propagandowo źle brzmi. Może sugerować, że stanowczość i surowość jego opinii jest nie tak stanowcza i surowa jakby chciał ją widzieć w telewizji. Trochę tak, jakby szeryf zdjął kapelusz, a tam łysina.
Rządowi idącemu na wojnę z drogowymi piratami pomyliła się kolejność. Najpierw zapisali w projekcie budżetu 1,5 mld wpływów z mandatów, a później ogłosili swoją wielka troskę o milczących zwolenników Nowaka z cmentarzy. Nikt rozsądny nie brnąłby w to. Ale oficjalna propaganda głosi: wszyscy ministrowie są za akcją „zero złotych z mandatów z fotoradarów”. Hipokryzja w najczystszej postaci! Te 1,5 mld to kwota identyczna do tej, jaką rząd uwolni w 2013 z Funduszu Pracy na walkę z potężnym bezrobociem. A więc nie mało, a więc ich brak będzie dla budżetu kłopotem. Jeśli skarbonki Nowak&Rostowski zawiodą, komu trzeba będzie zabrać?
To jest bardzo ważna wojna, bo Nowak nie działa sam - jako drogowy anioł ma błogosławieństwo szefa rządu. Panowie jednak źle zaczęli dyskusję. Nikt z przeciwników ratujących budżet państwa i gmin żółtych skrzynek nie jest zabójcą, który przekracza prędkość na dobrej trzypasmowej drodze, bo taki ma plan. Jeździmy szybciej, bo nie rozumiemy powodów, dla których ktoś nagle zabrania zabijać komary i stawia ograniczenie do 70. Wiadomo, owady nie znoszą większych prędkości, bo nie nadążają z ucieczką. Premier Tusk mówił przed wyborami o Kaczyńskim: „tylko facet bez prawa jazdy może wydawać pieniądze na fotoradary”. Dziś udowadnia, że tylko facet, który ma kierowcę może tanio zmienić zdanie.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
1/06/2013
Bondowie znad Wisły
Przerażenie miesza się we mnie z przejęciem. Przeczytałem notatki z sali sądowej procesu doktora Mirosława G. Prowadziła je dziennikarka, osoba, do której mam pełne zaufanie. To zeznania świadków. Ich lektura odbiera mowę ale pozwala zrozumieć, co miał na myśli sędzia Tuleya mówiąc o CBA z czasów pisowskich: „taktyka organów ścigania może budzić przerażenie; skojarzenia z przesłuchaniami w czasach stalinowskich”.
Sędzia mówił o Ziobrze i Kamińskim: „osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie stawiały zarzuty, nie znając materiału dowodowego". I wyraźnie wskazywał: "polityki karnej państwa nie można postawić ponad prawami i wolnościami obywateli". Nie rozgrzeszam doktora G., nie wszystkie zarzuty zostały obalone, dostał wyrok. Ale zachowanie służby specjalnej jakie wyłania się z zeznań świadków każe tę służbę otrzeźwić. Ziobro mówi dziś o „gorącej głowie” sędziego, a zapomina, że to on czerpał garściami z nagrań CBA, na których inni ludzie udawali zatrzymanych, żeby wszystko dobrze sprzedało się w TV.
W tej sprawie nikt świadkom nie wyrywał paznokci ani nikt ich nie podtapiał ale sędzia Tuleya mówi w TVN 24, że nie przesadził, że podtrzymuje swoje słowa. Nawiązuje do zaprotokołowanych zeznań jednego ze starszych świadków, któremu zeznania CBA w Alejach Ujazdowskich skojarzyły się z zeznaniami z czasów okupacji w Alei Szucha. Zapewne chodzi o L. K. 82 lata. Jak przeczytałem w dziennikarskich zapiskach to „człowiek przedwojenny - jak sam siebie nazwał, inżynier, akowiec, uczestnik Powstania Warszawskiego. Na salę sądową nie był w stanie wejść o własnych siłach. Wnosiła go wnuczka i straż sądowa. Nie pamięta gdzie był przesłuchiwany, wozili go w różne miejsca, "stracił orientację we własnym mieście". Agenci pokazywali mu nagrania w laptopie, ale on nic nie widział, bo ma uszkodzony po udarze nerw wzrokowy. Rozpłakał się w sądzie. W CBA, jak zeznał, grozili mu, że jak się nie przyzna, to zostanie zatrzymany na 48 godzin. "Straszyli mnie aresztem wydobywczym". Obiecali, że jak podpisze, że dał łapówkę, to go wypuszczą. "Nie wiedziałem czy ja jeszcze wrócę do domu".
Wszystko, co zeznali świadkowie zostało zaprotokołowane i jest w aktach sprawy. Jak choćby ten fragment zeznań świadka o inicjałach A.G, lat 67. W dziennikarskich zapiskach czytam: „zabrana z domu na przesłuchanie 10 lutego (dwa dni przed zatrzymaniem dr G.). Przesłuchiwana od 22 do 2 nad ranem. Bardzo się bała, "byłam przerażona”, zeznała. Twierdzi, że CBA wymusiło na niej zeznania. Mówili "wszyscy się przyznali, to pani też powinna", "jeśli panią zatrzymamy, to mąż zostanie w szpitalu sam". Zabronili jej mówić komukolwiek o przesłuchaniu. Mąż A.G. zmarł 14 lutego (dzień konferencji CBA). Po jego śmierci została zabrana do CBA na kolejne przesłuchanie - też w nocy”.
Wybrałem dwie historie, które wstrząsnęły mną najbardziej. Jest ich znacznie więcej - słychać w nich płacz dzieci i przerażenie dorosłych, są intymne pytania i państwowy podryw „dla dobra sprawy”. Ten felieton to nie stawanie w obronie sędziego, on sam odpowiada za swoje słowa. To pytanie o granice szaleństwa i wszechwładzy służb specjalnych. Ich możliwości lub ograniczenia powinny wynikać z prawa a nie nazwiska szefa.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Sędzia mówił o Ziobrze i Kamińskim: „osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie stawiały zarzuty, nie znając materiału dowodowego". I wyraźnie wskazywał: "polityki karnej państwa nie można postawić ponad prawami i wolnościami obywateli". Nie rozgrzeszam doktora G., nie wszystkie zarzuty zostały obalone, dostał wyrok. Ale zachowanie służby specjalnej jakie wyłania się z zeznań świadków każe tę służbę otrzeźwić. Ziobro mówi dziś o „gorącej głowie” sędziego, a zapomina, że to on czerpał garściami z nagrań CBA, na których inni ludzie udawali zatrzymanych, żeby wszystko dobrze sprzedało się w TV.
W tej sprawie nikt świadkom nie wyrywał paznokci ani nikt ich nie podtapiał ale sędzia Tuleya mówi w TVN 24, że nie przesadził, że podtrzymuje swoje słowa. Nawiązuje do zaprotokołowanych zeznań jednego ze starszych świadków, któremu zeznania CBA w Alejach Ujazdowskich skojarzyły się z zeznaniami z czasów okupacji w Alei Szucha. Zapewne chodzi o L. K. 82 lata. Jak przeczytałem w dziennikarskich zapiskach to „człowiek przedwojenny - jak sam siebie nazwał, inżynier, akowiec, uczestnik Powstania Warszawskiego. Na salę sądową nie był w stanie wejść o własnych siłach. Wnosiła go wnuczka i straż sądowa. Nie pamięta gdzie był przesłuchiwany, wozili go w różne miejsca, "stracił orientację we własnym mieście". Agenci pokazywali mu nagrania w laptopie, ale on nic nie widział, bo ma uszkodzony po udarze nerw wzrokowy. Rozpłakał się w sądzie. W CBA, jak zeznał, grozili mu, że jak się nie przyzna, to zostanie zatrzymany na 48 godzin. "Straszyli mnie aresztem wydobywczym". Obiecali, że jak podpisze, że dał łapówkę, to go wypuszczą. "Nie wiedziałem czy ja jeszcze wrócę do domu".
Wszystko, co zeznali świadkowie zostało zaprotokołowane i jest w aktach sprawy. Jak choćby ten fragment zeznań świadka o inicjałach A.G, lat 67. W dziennikarskich zapiskach czytam: „zabrana z domu na przesłuchanie 10 lutego (dwa dni przed zatrzymaniem dr G.). Przesłuchiwana od 22 do 2 nad ranem. Bardzo się bała, "byłam przerażona”, zeznała. Twierdzi, że CBA wymusiło na niej zeznania. Mówili "wszyscy się przyznali, to pani też powinna", "jeśli panią zatrzymamy, to mąż zostanie w szpitalu sam". Zabronili jej mówić komukolwiek o przesłuchaniu. Mąż A.G. zmarł 14 lutego (dzień konferencji CBA). Po jego śmierci została zabrana do CBA na kolejne przesłuchanie - też w nocy”.
Wybrałem dwie historie, które wstrząsnęły mną najbardziej. Jest ich znacznie więcej - słychać w nich płacz dzieci i przerażenie dorosłych, są intymne pytania i państwowy podryw „dla dobra sprawy”. Ten felieton to nie stawanie w obronie sędziego, on sam odpowiada za swoje słowa. To pytanie o granice szaleństwa i wszechwładzy służb specjalnych. Ich możliwości lub ograniczenia powinny wynikać z prawa a nie nazwiska szefa.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
12/02/2012
Strzał w stopę
To scenariusz na horror! Jarosław Kaczyński uratuje Janusza Palikota od politycznej samobójczej śmierci. Palikot zapowiedział, że od połowy grudnia, dnia zabójstwa prezydenta Narutowicza, będzie kulturalnym politykiem. Przez kilka miesięcy chce zmieniać jad w miód. Musi zapomnieć o słowach „katolicka ciota”, „Hannibal polityki”, „cham”, „pijak Kaczyński”. Będzie mu niezwykle trudno. Błyskawicznie okaże się to niewykonalne.
Szczególnie, że miłość jego największa 13.12.2012 wyprowadza ludzi na ulicę. Pod hasłami: „wolność w Polsce jest zagrożona, z solidarnością jest źle, a niepodległość jest kwestionowana” Jarosław Kaczyński chce stanąć w centrum Warszawy i wołać, by lud poszedł z nim podpalić lont zmian. „Musimy mobilizować Polaków, żeby NIE było coraz głośniej słyszane, byśmy mogli stworzyć taką siłę, która pewnego dnia będzie realizowała inny wielki projekt dla naszego kraju”, mówi Jarosław Kaczyński stojąc obok Jana Pietrzaka. Ale to nie kabaret. To polskie perpetuum mobile, które pędzi na złamanie karku - naszego lub ich.
„Wziąłbym tuzin redaktorów Gazety Wyborczej, dwa tuziny pracowników drugiej gwiazdy śmierci, TVN, nie wspominam o etatowych zdrajcach i sprzedawczykach. Jeżeli się tego nie rozstrzela, co dziesiątego, to znaczy, że hulaj dusza, piekła nie ma” - brzmią słowa reżysera Grzegorza Brauna. Dostał za nie brawa. Prokuratura od tygodnia bada czy reżyser nie złamał prawa. Decyzji wciąż brak. Przecież nie rozdał broni, nie kupił nabojów. To powód by go ucałować, a nie zdzielić.
Piszę patrząc na „postanowienie o umorzeniu dochodzenia” we własnej sprawie. Marek K. kierował wobec mnie groźby karalne. Postępowanie przygotowawcze ustaliło, że „jest to człowiek, który od kilku lat cierpi na zespół depresyjny w związku z czym odczuwa różnego rodzaju lęki i zaburzenia zachowania”. Kiedy zapukała do niego policja „wyraził skruchę i przyznał, że groźby skierowane wobec dziennikarza Kuźniara wynikały z jego głupoty i dużej ilości wolnego czasu”. Ponoć „nigdy nie traktował gróźb poważnie i nie miał zamiaru ich realizacji”. Pani prokurator odezwała się w końcówce ważnego dla niej statystycznie miesiąca, grzecznie sugerując, żebym zakończył sprawę.
Cytuję, by wykazać jak absurdalny jest pomysł ministra Boniego, który chce rządowego zespołu, który zajmie się sieciowymi wymiocinami. Zgadzam się z nim, że „ogłuchliśmy na słowa nienawiści" ale największe zagrożenie jest w tym, że słowa tracą znaczenie. Kiedy groźba zabójstwa jest traktowana jak grożenie palcem trzeba silnej prokuratury, a nie cenzury.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Szczególnie, że miłość jego największa 13.12.2012 wyprowadza ludzi na ulicę. Pod hasłami: „wolność w Polsce jest zagrożona, z solidarnością jest źle, a niepodległość jest kwestionowana” Jarosław Kaczyński chce stanąć w centrum Warszawy i wołać, by lud poszedł z nim podpalić lont zmian. „Musimy mobilizować Polaków, żeby NIE było coraz głośniej słyszane, byśmy mogli stworzyć taką siłę, która pewnego dnia będzie realizowała inny wielki projekt dla naszego kraju”, mówi Jarosław Kaczyński stojąc obok Jana Pietrzaka. Ale to nie kabaret. To polskie perpetuum mobile, które pędzi na złamanie karku - naszego lub ich.
„Wziąłbym tuzin redaktorów Gazety Wyborczej, dwa tuziny pracowników drugiej gwiazdy śmierci, TVN, nie wspominam o etatowych zdrajcach i sprzedawczykach. Jeżeli się tego nie rozstrzela, co dziesiątego, to znaczy, że hulaj dusza, piekła nie ma” - brzmią słowa reżysera Grzegorza Brauna. Dostał za nie brawa. Prokuratura od tygodnia bada czy reżyser nie złamał prawa. Decyzji wciąż brak. Przecież nie rozdał broni, nie kupił nabojów. To powód by go ucałować, a nie zdzielić.
Piszę patrząc na „postanowienie o umorzeniu dochodzenia” we własnej sprawie. Marek K. kierował wobec mnie groźby karalne. Postępowanie przygotowawcze ustaliło, że „jest to człowiek, który od kilku lat cierpi na zespół depresyjny w związku z czym odczuwa różnego rodzaju lęki i zaburzenia zachowania”. Kiedy zapukała do niego policja „wyraził skruchę i przyznał, że groźby skierowane wobec dziennikarza Kuźniara wynikały z jego głupoty i dużej ilości wolnego czasu”. Ponoć „nigdy nie traktował gróźb poważnie i nie miał zamiaru ich realizacji”. Pani prokurator odezwała się w końcówce ważnego dla niej statystycznie miesiąca, grzecznie sugerując, żebym zakończył sprawę.
Cytuję, by wykazać jak absurdalny jest pomysł ministra Boniego, który chce rządowego zespołu, który zajmie się sieciowymi wymiocinami. Zgadzam się z nim, że „ogłuchliśmy na słowa nienawiści" ale największe zagrożenie jest w tym, że słowa tracą znaczenie. Kiedy groźba zabójstwa jest traktowana jak grożenie palcem trzeba silnej prokuratury, a nie cenzury.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
11/22/2012
Ty też możesz być Brunonem
Zamachu nie było ale wciąż 90 procent użytkowników polskiego Internetu ma na imię Brunon. Niedoszły hurtowy morderca z Krakowa to grzeczny sąsiad, ojciec dwójki dzieci, mąż żonie, pracownik naukowy, wzór studentom. Zwykły do bólu, a jednak chory. „Płoń i toń szmato z PKO” przeczytałem pod apelem Szymona Majewskiego, żeby pomóc mu unicestwić bandytów, którzy kradną jego prywatność na zgliszczach mieszkania. Napisał tak Mateusz Gerke, były student geoinformacji na UAM w Poznaniu, dziś żyjący w stolicy Chile, szczupły młody mężczyzna o rudych włosach, chwalący się w sieci swoim związkiem z piękną mieszkanką Kołobrzegu. Zwykły do bólu, a jednak chory.
Co chcę osiągnąć takim pisaniem? Niewiele. Chciałbym otworzyć oczy tym, którym się wydaje, że sprawa terrorysty z Krakowa albo szalone ataki na Macieja Stuhra, bo zagrał nie taką rolę, jaką sobie polska tłuszcza wymarzyła to margines. Nie, margines w Polsce zajmuje całą stronę! U nas nie ma miejsca na rozsądne didaskalia. Sieć daje pozorne poczucie własności i górowania: mam klawiaturę - mam władzę. Tak myśli każdy sieciowy Brunon. Ten oryginalny pisał jak poniżej (nie poprawiałem jego ortografii):
„A kto ma uprawiac polityke jak nie Gazeta Polska czy Radio Maryja jeśli nie ma innych wolnych medii poza nimi. Czlowieku zastanow sie. POpaprancy maja cala reszte za soba i jeszcze im biedny Rydzyk przeszkadza bo mowi prawde o totalitarnym kraju jakim jest POlska”
„Ty glupia pindo. Sluchalas ty chociaz Radia Maryja czy TV Trwam. Przeciez nic tam nie ma "antysemickiego" czy "antymasonskiego" tylko i wylacznie prawde”
„Jestem ze Polska silna, niezalezna energetycznie czy militarnie od jakichkolwiek mocarstw w tym US-rAela czy nawet Rosji lub Niemiec. Z bogatym narodem a nie tylko elyta POlitykow, z madrym wyedukowanym narodem a nie glupim manipulowanym przez rzadowe media POlitykow jak TVN czy Gazeta Wybiórcza-koszerna lub Radio bZd-et. Taka mi sie marzy Polska ale nie rzadzona przez pejsatych oszolomow z PO”.
Niby nic takiego, kolejny antysemita, Polak prawdziwy. A jednak jego koniec jest inny niż wciąż wolnej w strzykaniu jadem większości. Siadając do pisania zmierzałem do puenty, że ten sieciowy zamordyzm idzie z góry. Że jesteśmy tacy, jacy są Kaczyński z Tuskiem, Niesiołowski z Hofmanem, Palikot z Millerem. To był błąd; oni czerpią z nas. Ryba psuje się od ogona, nie od głowy.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Co chcę osiągnąć takim pisaniem? Niewiele. Chciałbym otworzyć oczy tym, którym się wydaje, że sprawa terrorysty z Krakowa albo szalone ataki na Macieja Stuhra, bo zagrał nie taką rolę, jaką sobie polska tłuszcza wymarzyła to margines. Nie, margines w Polsce zajmuje całą stronę! U nas nie ma miejsca na rozsądne didaskalia. Sieć daje pozorne poczucie własności i górowania: mam klawiaturę - mam władzę. Tak myśli każdy sieciowy Brunon. Ten oryginalny pisał jak poniżej (nie poprawiałem jego ortografii):
„A kto ma uprawiac polityke jak nie Gazeta Polska czy Radio Maryja jeśli nie ma innych wolnych medii poza nimi. Czlowieku zastanow sie. POpaprancy maja cala reszte za soba i jeszcze im biedny Rydzyk przeszkadza bo mowi prawde o totalitarnym kraju jakim jest POlska”
„Ty glupia pindo. Sluchalas ty chociaz Radia Maryja czy TV Trwam. Przeciez nic tam nie ma "antysemickiego" czy "antymasonskiego" tylko i wylacznie prawde”
„Jestem ze Polska silna, niezalezna energetycznie czy militarnie od jakichkolwiek mocarstw w tym US-rAela czy nawet Rosji lub Niemiec. Z bogatym narodem a nie tylko elyta POlitykow, z madrym wyedukowanym narodem a nie glupim manipulowanym przez rzadowe media POlitykow jak TVN czy Gazeta Wybiórcza-koszerna lub Radio bZd-et. Taka mi sie marzy Polska ale nie rzadzona przez pejsatych oszolomow z PO”.
Niby nic takiego, kolejny antysemita, Polak prawdziwy. A jednak jego koniec jest inny niż wciąż wolnej w strzykaniu jadem większości. Siadając do pisania zmierzałem do puenty, że ten sieciowy zamordyzm idzie z góry. Że jesteśmy tacy, jacy są Kaczyński z Tuskiem, Niesiołowski z Hofmanem, Palikot z Millerem. To był błąd; oni czerpią z nas. Ryba psuje się od ogona, nie od głowy.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
11/17/2012
Bohater
Uśmiecham się słysząc apele o więcej dystansu
do siebie. Kto choć raz widział mnie w pracy wie, że więcej nie mogę, bo
będzie strasznie a nie śmiesznie. Jak w przypadku juniora reporterki.
Sieciowa-śmieciowa reakcja tylko dowodzą, że skręcamy w ślepą uliczkę. Jest pełna okien, w których na poduszkach siedzą jurorzy-amatorzy. Nie znają się ale uliczna mądrość ich rozpiera. Muszą komentować, bo inaczej się uduszą.
Ale żeby kpić, parodiować, oceniać trzeba samemu udowodnić, że jest się lepszym, mądrzejszym, skuteczniejszym. Inaczej będzie się bohaterem mgnienia oka. Ja wolę długie dystanse.
Sieciowa-śmieciowa reakcja tylko dowodzą, że skręcamy w ślepą uliczkę. Jest pełna okien, w których na poduszkach siedzą jurorzy-amatorzy. Nie znają się ale uliczna mądrość ich rozpiera. Muszą komentować, bo inaczej się uduszą.
Ale żeby kpić, parodiować, oceniać trzeba samemu udowodnić, że jest się lepszym, mądrzejszym, skuteczniejszym. Inaczej będzie się bohaterem mgnienia oka. Ja wolę długie dystanse.
11/08/2012
Gra w klasy
Apel reżysera: „jeżeli znasz kogoś, kto nie zamierza iść na wybory, ale mógłby zmienić zdanie gdybym do niego zadzwonił albo napisał SMS - wyślij mi jego numer na 810-522-8398”. Takiego tweeta przeczytałem w dniu amerykańskich wyborów na profilu Michael’a Moore’a, laureata Oscara i Złotej Palmy w Cannes. Wykonał 5000 połączeń i przeprosił, że nie zdąży więcej. Wszystko, żeby tylko Obama nie przegrał. Przesłanie Moore’a po wygranej brzmiało zasadniczo: to jest Ameryka, nasz wybór, światu wara od tego!
Moore nienawidzi republikanów, co w swoich filmach wyraźnie pokazywał robiąc idiotę z George’a Busha. Ale kiedy przegrali nie poniewierał nimi. Kampania generalnie była bardzo ostra, nasz trotyl przy ich reklamach to jak mąka zamiast kokainy. Kiedy jednak doszło do rozstrzygnięcia były słowa zgody, jad nie wyciekł ani kroplą. „Zadzwoniłem do prezydenta, by mu pogratulować wygranych wyborów, także jego sztabowi, żonie i córkom. Nasz kraj znajduje się w krytycznym momencie. Apeluję o zaprzestanie wewnętrznych sporów, kłótni i podziałów. Pozostaje mi tylko szczerze modlić się za prezydenta i nasz naród. Boże błogosław Amerykę” - to Mitt Romney w mowie pożegnalnej.
Po naszych nagłych wyborach prezydenckich w 2010 roku serdeczności zawierały się w zdaniu: „muszę zacząć od tego, czego wymaga dobry zwyczaj - gratuluję zwycięzcy”. Później było coraz bardziej kaczyńsko: "po sprawie krzyża nie uważam pana Komorowskiego za partnera do rozmowy”. Było tłumaczenie przegranej farmakologią: „byłem w takim stanie, że - uczciwie mówiąc - to za mnie wymyślano kampanię. (...) Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki”. Nie wątpię, że tak było ale różnica klas już nie do nadgonienia, nawet po leczniczej dawce marihuany.
Może kiedyś okaże się, że i te słowa prezesa - „zamordowanie 96 osób to niesłychana zbrodnia” - wypowiedziane były rano, kiedy jabłka wciąż fermentowały w jego żołądku. Dziś jednak, oceniając język polityki, trudno Kaczyńskiego rozgrzeszyć. Profesor Zbigniew Brzeziński zauważa na polskiej scenie politycznej osoby, które „świadomie, albo podświadomie - bo są chore - dzielą społeczność i podważają wiarygodność państwa i rządu. To jest wstrętne”, mówi. Uderz w stół i pisowczycy już poniewierają profesorem za tę szczerość. Przyzwyczajeni przez chicagowską Polonię do noszenia na rękach, dławią się ze złości kiedy za oceanem znajdzie się odmieniec ze zdrowym rozsądkiem.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Moore nienawidzi republikanów, co w swoich filmach wyraźnie pokazywał robiąc idiotę z George’a Busha. Ale kiedy przegrali nie poniewierał nimi. Kampania generalnie była bardzo ostra, nasz trotyl przy ich reklamach to jak mąka zamiast kokainy. Kiedy jednak doszło do rozstrzygnięcia były słowa zgody, jad nie wyciekł ani kroplą. „Zadzwoniłem do prezydenta, by mu pogratulować wygranych wyborów, także jego sztabowi, żonie i córkom. Nasz kraj znajduje się w krytycznym momencie. Apeluję o zaprzestanie wewnętrznych sporów, kłótni i podziałów. Pozostaje mi tylko szczerze modlić się za prezydenta i nasz naród. Boże błogosław Amerykę” - to Mitt Romney w mowie pożegnalnej.
Po naszych nagłych wyborach prezydenckich w 2010 roku serdeczności zawierały się w zdaniu: „muszę zacząć od tego, czego wymaga dobry zwyczaj - gratuluję zwycięzcy”. Później było coraz bardziej kaczyńsko: "po sprawie krzyża nie uważam pana Komorowskiego za partnera do rozmowy”. Było tłumaczenie przegranej farmakologią: „byłem w takim stanie, że - uczciwie mówiąc - to za mnie wymyślano kampanię. (...) Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki”. Nie wątpię, że tak było ale różnica klas już nie do nadgonienia, nawet po leczniczej dawce marihuany.
Może kiedyś okaże się, że i te słowa prezesa - „zamordowanie 96 osób to niesłychana zbrodnia” - wypowiedziane były rano, kiedy jabłka wciąż fermentowały w jego żołądku. Dziś jednak, oceniając język polityki, trudno Kaczyńskiego rozgrzeszyć. Profesor Zbigniew Brzeziński zauważa na polskiej scenie politycznej osoby, które „świadomie, albo podświadomie - bo są chore - dzielą społeczność i podważają wiarygodność państwa i rządu. To jest wstrętne”, mówi. Uderz w stół i pisowczycy już poniewierają profesorem za tę szczerość. Przyzwyczajeni przez chicagowską Polonię do noszenia na rękach, dławią się ze złości kiedy za oceanem znajdzie się odmieniec ze zdrowym rozsądkiem.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji TVN i TVN24
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































